Po konsultacjach telefonicznych z kolegą zapadła decyzja - rozbieramy do rosołu. Jeśli w środku jest zdrowy, to będzie akurat wybebeszony do spawania tego ułamanego bloku, jeśli będzie kwalifikował się do grubszego remontu - idzie na części.
Zdjęta pokrywa zaworów. Ładnie, czysto, bez szlamu. Podoba mi się ten stan, wygląda bardziej zachęcająco niż ten silnik z zewnątrz. Od razu też widać, że ma hydrauliczne popychacze, z czego się kolega ucieszył, że nie będzie musiał nic regulować :)



Pozdejmowane listwy wtryskowe (wtryski brudne niemiłosiernie), rury od układu chłodzenia i aparat zapłonowy.



I zdjęty kolektor dolotowy. Środek silnika ładny i czysty aż miło, ale kanały wodne pordzewiałe. Komuś żal było pieniędzy na płyn chłodniczy i jeździł na wodzie?



Zdjęte również głowice. Śruby spod pokryw zaworów poszły gładko, ale te pięć z każdej strony, co są poza pokrywą zaworów było tak przyrdzewiałe, że każdą śrubę odkręcałem waląc gumowym młotkiem w klucz. Zdejmowanie głowic trwało przez to prawie godzinę. Oporna materia.



A w cylindrach pełno nagaru, miejscami o grubości 2-3mm. Straszne. Poza tym gładzie przepiękne, żadnego progu, śladów zużycia, nic. Nawet ślady fabrycznego honowania wciąż są widoczne. Bardzo dobrze, silnik do odświeżenia, a nie do remontu. Będzie taniej :)



I odłożone na później głowice, razem z drążkami popychaczy zaworów (wetknięte w karton, żeby kolejność zachować na wszelki wypadek).



Teraz szukamy fachowca, co pospawa żeliwo.