Po prawie roku od zakończenia prac blacharskich wreszcie Granada jest polakierowana. Z opóźnień jeszcze przytrafiła się awaria grzania komory lakierniczej... Ale już po wszystkim.
Następnie auto wróciło do Zapka na zabezpieczenie podwozia i profili woskami. Operacja dość ryzykowna, bo żeby to wszystko wsiąkło w zakamarki, to wykonywana na obrotnicy. Zdjęcia kiepskie, bo wykonywane szlifierką kątową.







Tu widać przykręcane blachy osłaniające tłumiki. Dzięki temu zawsze można je zdemontować i sprawdzić, czy pod spodem nie ma rdzy. Również dzięki temu pomiędzy nimi a resztą karoserii wszystko jest dokładnie pomalowane.





Podobnie półka akumulatora - obecnie jest elementem przykręcanym, a nie przygrzanym do karoserii.



W tle widać granadę Dreda, który korzysta z tego samego SPA nadwoziowego.



Tu już zaczynamy widzieć kolor.



I auto w całej okazałości. Jeszcze tylko jestem ciekaw jak to w słońcu wygląda, ale lakier jest znakomity! Idealnie gładki i idealnie matowy. Podobnie jak w przypadku połysków i metalliców, tu też zdjęcia nie do końca pokazują rzeczywistość.

















Pod maską i wewnątrz zdecydowałem się na czarny lakier.



Widać zawieszenie, które już wcześniej raziło, ale teraz już musi być wreszcie ładnie zrobione.



Pomiędzy szczelinami na nawiewy zaspawane dziurki na głośnik. Śladu nie ma.











I odjechała do mnie.



I kilka godzin później, po urwaniu się z pracy, zdjęliśmy ją z lawety.







Teraz tak jak mówił Jesse James w "Monster Garage" - "all is left to do is everything" :)
Przytłaczające są dwie rzeczy - masa części wymaga odnowienia (mimo, że tego nie przewidywałem), bo wstyd założyć na takie ładne nadwozie jakieś parchy; druga to fakt, że w garażu ciasno, a chwilowo nie mam innego miejsca, żeby ją postawić.