Mimo, że jeszcze samochód stoi na kobyłkach, to zająłem się silnikiem. Po prostu wziąłem stołek i na nim stanąłem :). Tu mam do ogarnięcia kilka rzeczy. Przede wszystkim - silnik nie dał się uruchomić. Tym akurat będę mógł się zająć na samym końcu, jak już samochód będzie na kołach i skrzynia biegów wróci na swoje miejsce. Póki co jednak mogę wymienić świece, bo na pewno im się to przyda. Poza tym zauważyłem spore wycieki spod pokryw zaworów... Wymiany ich uszczelek akurat wolałbym zdecydowanie uniknąć, bo pod tym wszystkim widocznym na zdjęciu ledwo widać silnik, no ale jak trzeba, to trzeba. Zaczynam od prawej strony. Tu widać głównie rurę powietrza zasilającą silnik.

Zdemontowałem rurę. Tu, przy górnym mocowaniu sprężyny zawieszenia, jest blaszka ją podtrzymująca. Dostęp do świec jest dużo, dużo niżej.

Z lewej strony dostęp do świec jest wręcz żenujący. Dwie przedłużki, przegub i ledwo, ledwo daję radę to w ogóle nałożyć na świecę.

Świece są mocno zawalone nagarem, więc dobrze, że będą zmienione.

Przy okazji będzie też wymieniony filtr powietrza. Może i przebiegu nie zrobił, ale 15 lat tu siedział. Po odkręceniu przeciwpancernej czapki z aluminium można wyjąć wkład filtra.

No dobra, to teraz to trudne, czyli dostanie się do pokryw zaworów. Nie ma do nich żadnego dostępu. Muszę zdemontować wszystko to, co jest na górze silnika. Dolot swoją drogą, ale jest to wersja amerykańska, więc ma dowaloną ekologię, która i tak nie działała. Demontowałem to już z amerykanców, nawet widziałem naklejki z epoki, że zdemontowanie instalacji nie powoduje przekroczenia norm emisji spalin, nawet w Kaliforni. Ekologia składa się z układu EGR, to te dwie rurki w oplocie po lewej, podłączone do zaworów sterujących i do wydechu; następnie z pompy powietrza napędzanej paskiem klinowym i dmuchającej te powietrze w kolektory wydechowe w celu rozrzadzenia spalin. To też jest sterowane zaworkami. Zaworki potrzebują podciśnienia, a sygnały strujące biorą z czujników temperatury, których przez to jest całe stado.

Z systemu EGR idzie na dół rurka łącząca się z resztą układu wydechowego.

A za zaworkami sterującymi spaliny są wpuszczane w dolot. To ma sens, zadławmy silnik spalinami, żeby udawać, że jest czyściej. Zwróć uwagę na śrubę pomiędzy rurkami - to jest śruba mocująca cały dolot do kolektora.

Wyciągnąłem to z silnika.

Teraz zabieram się za plątaninę podciśnień i kabelków.

Tuż nad wejściem powietrza z tej gumowej rury jest przykręcona grubsza rurka odmy. Rurka w oplocie idzie z kolektora wydechowego, wydaje mi się, że to ciepłe powietrze grzejące jakiś bimetal w środku, któy działa jako ssanie.

Drugi koniec odmy wchodzi do miejsca, gdzie jest wlew oleju. Rurka z cybantem to zasilanie podciśnienia z kolektora do akumulatora podciśnienia, który z kolei potem zasila całe stado innych rzeczy, jak tempomat czy klimatyzacja. Rurka odmy jest pod tą rurką. Dostęp oczywiście koszmarny.

Odpiąłem jeszcze cięgno gazu, a tu mam rurkę zasilającą gaźniki w paliwo.

Potem odkręciłem tą jedną śrubę mocującą i podniosłem cały dolot. To akurat jest sprytnie wymyślone.

A tak wygląda silnik! Wreszcie można go zobaczyć :).

Do pokrywy jednak wciąż się nie dostanę. Muszę odkręcić wspornik kabli zapłonowych (to ta cieńsza rurka) i rurki rozprowadzające dmuchane powietrze do poszczególnych kanałów wydechowych. Dostęp do wkrętek jest tak słaby, że musiałem kupić specjalną nasadkę do tego.

Udało mi się to jednak wykręcić.

Mocowanie przewodów zapłonowych też zdemontowałem.

Podobnie z drugiej strony, ale tu jest dużo, dużo mniej miejsca na dostęp.

Na lewym kolektorze wydechowym są dwie końcówki, od rurek idących do najprawdopodobniej mechanizmu ssania. To też musżę zdjąć, żeby dostać się do pokrywy. Jedna z nich niestety pękła.

Z prawej strony muszę jeszcze bardziej rozpiąć mechanizm gazu.

W końcu! Pod tą pokrywą ktoś już wcześniej był, bo widzę kilka punktów położonego uszczelniacza.

Uszczelka jest już stara i się pokruszyła.

A tu po wyczyszczeniu.

Gumki uszczelniające śruby mocujące pokrywę też już zdezintegrowały się ze starości.

Klawiatury za to ładne, dość czyste.

Przez sprężyny nic nie widzę, ale jeśli uszczelniacze byłyby w słabym stanie, raczej by się pokruszyły. Zresztą według katalogu są tu uszczelniacze filcowe. Ponieważ wygląda to dość dobrze, a wymiana uszczelniaczy to kupa pracy, to na razie to odpuszczamy.

Do pokrywy z drugiej strony jest jeszcze trudniej się dostać. Przeszkadza w jej zdjęciu wlew oleju, sporawy odlew przykręcony od przodu głowicy. Jest na tyle solidny, że jest jeszcze do niego jednym wspornikiem przykręcony alternator...

Odkręciłem śrubki mocujące pokrywę i położyłem je na... zbiorniczku na płyn hamulcowy! Tak, tu jest płyn. Co prawda nie tylko do hamulców, ale również do układu hydropneumatyki zawieszenia, wziętej wprost od Citroena. Zbiorniczek wyskalowany jest w... pintach. Dzięki temu łatwo się jest połapać - pinta to pół kwarty, a kwarta to ćwierć galona. Proste.

Po odsunięciu alternatora i zdemomntowaniu wlewu oleju gdzieś tam świta nadzieja na demontaż pokrywy... Pozostaje jeszcze nieco odsunąć rurki nagrzewnicy.

Wreszcie. Łatwo nie było. A najlepsze jest to, że na uszczelce tej pokrywy nie ma śladu po uszczelniaczu, czyli ktoś tu zajrzał po prawej stronie, a po lewej się poddał :).


Zdemontowałem rurę. Tu, przy górnym mocowaniu sprężyny zawieszenia, jest blaszka ją podtrzymująca. Dostęp do świec jest dużo, dużo niżej.

Z lewej strony dostęp do świec jest wręcz żenujący. Dwie przedłużki, przegub i ledwo, ledwo daję radę to w ogóle nałożyć na świecę.

Świece są mocno zawalone nagarem, więc dobrze, że będą zmienione.

Przy okazji będzie też wymieniony filtr powietrza. Może i przebiegu nie zrobił, ale 15 lat tu siedział. Po odkręceniu przeciwpancernej czapki z aluminium można wyjąć wkład filtra.

No dobra, to teraz to trudne, czyli dostanie się do pokryw zaworów. Nie ma do nich żadnego dostępu. Muszę zdemontować wszystko to, co jest na górze silnika. Dolot swoją drogą, ale jest to wersja amerykańska, więc ma dowaloną ekologię, która i tak nie działała. Demontowałem to już z amerykanców, nawet widziałem naklejki z epoki, że zdemontowanie instalacji nie powoduje przekroczenia norm emisji spalin, nawet w Kaliforni. Ekologia składa się z układu EGR, to te dwie rurki w oplocie po lewej, podłączone do zaworów sterujących i do wydechu; następnie z pompy powietrza napędzanej paskiem klinowym i dmuchającej te powietrze w kolektory wydechowe w celu rozrzadzenia spalin. To też jest sterowane zaworkami. Zaworki potrzebują podciśnienia, a sygnały strujące biorą z czujników temperatury, których przez to jest całe stado.

Z systemu EGR idzie na dół rurka łącząca się z resztą układu wydechowego.

A za zaworkami sterującymi spaliny są wpuszczane w dolot. To ma sens, zadławmy silnik spalinami, żeby udawać, że jest czyściej. Zwróć uwagę na śrubę pomiędzy rurkami - to jest śruba mocująca cały dolot do kolektora.

Wyciągnąłem to z silnika.

Teraz zabieram się za plątaninę podciśnień i kabelków.

Tuż nad wejściem powietrza z tej gumowej rury jest przykręcona grubsza rurka odmy. Rurka w oplocie idzie z kolektora wydechowego, wydaje mi się, że to ciepłe powietrze grzejące jakiś bimetal w środku, któy działa jako ssanie.

Drugi koniec odmy wchodzi do miejsca, gdzie jest wlew oleju. Rurka z cybantem to zasilanie podciśnienia z kolektora do akumulatora podciśnienia, który z kolei potem zasila całe stado innych rzeczy, jak tempomat czy klimatyzacja. Rurka odmy jest pod tą rurką. Dostęp oczywiście koszmarny.

Odpiąłem jeszcze cięgno gazu, a tu mam rurkę zasilającą gaźniki w paliwo.

Potem odkręciłem tą jedną śrubę mocującą i podniosłem cały dolot. To akurat jest sprytnie wymyślone.

A tak wygląda silnik! Wreszcie można go zobaczyć :).

Do pokrywy jednak wciąż się nie dostanę. Muszę odkręcić wspornik kabli zapłonowych (to ta cieńsza rurka) i rurki rozprowadzające dmuchane powietrze do poszczególnych kanałów wydechowych. Dostęp do wkrętek jest tak słaby, że musiałem kupić specjalną nasadkę do tego.

Udało mi się to jednak wykręcić.

Mocowanie przewodów zapłonowych też zdemontowałem.

Podobnie z drugiej strony, ale tu jest dużo, dużo mniej miejsca na dostęp.

Na lewym kolektorze wydechowym są dwie końcówki, od rurek idących do najprawdopodobniej mechanizmu ssania. To też musżę zdjąć, żeby dostać się do pokrywy. Jedna z nich niestety pękła.

Z prawej strony muszę jeszcze bardziej rozpiąć mechanizm gazu.

W końcu! Pod tą pokrywą ktoś już wcześniej był, bo widzę kilka punktów położonego uszczelniacza.

Uszczelka jest już stara i się pokruszyła.

A tu po wyczyszczeniu.

Gumki uszczelniające śruby mocujące pokrywę też już zdezintegrowały się ze starości.

Klawiatury za to ładne, dość czyste.

Przez sprężyny nic nie widzę, ale jeśli uszczelniacze byłyby w słabym stanie, raczej by się pokruszyły. Zresztą według katalogu są tu uszczelniacze filcowe. Ponieważ wygląda to dość dobrze, a wymiana uszczelniaczy to kupa pracy, to na razie to odpuszczamy.

Do pokrywy z drugiej strony jest jeszcze trudniej się dostać. Przeszkadza w jej zdjęciu wlew oleju, sporawy odlew przykręcony od przodu głowicy. Jest na tyle solidny, że jest jeszcze do niego jednym wspornikiem przykręcony alternator...

Odkręciłem śrubki mocujące pokrywę i położyłem je na... zbiorniczku na płyn hamulcowy! Tak, tu jest płyn. Co prawda nie tylko do hamulców, ale również do układu hydropneumatyki zawieszenia, wziętej wprost od Citroena. Zbiorniczek wyskalowany jest w... pintach. Dzięki temu łatwo się jest połapać - pinta to pół kwarty, a kwarta to ćwierć galona. Proste.

Po odsunięciu alternatora i zdemomntowaniu wlewu oleju gdzieś tam świta nadzieja na demontaż pokrywy... Pozostaje jeszcze nieco odsunąć rurki nagrzewnicy.

Wreszcie. Łatwo nie było. A najlepsze jest to, że na uszczelce tej pokrywy nie ma śladu po uszczelniaczu, czyli ktoś tu zajrzał po prawej stronie, a po lewej się poddał :).
